GOŚCINNIE U MNIE: Żyła - Triathlon od A do Z


Ostatnio zrobiła się moda na bycie fit i zdrowy styl życia. Instagram jest pełny zdjęć zdrowego jedzenia, na siłowni pojawia się coraz więcej ludzi, a wieczorami parki wypełniają się biegaczami. Biegi uliczne przeżywają oblężenie, a limit 3500 zawodników potrafi być wyczerpany nawet miesiąc przed zawodami. Nie ma praktycznie weekendu bez dużej imprezy sportowej. W tym wszystkim coraz popularniejszy robi się sport, o którym jeszcze nie tak dawno nikt nie słyszał, czyli triathlonAle co to właściwie jest?
Krótko mówiąc, sport, który łączy w sobie 3 dyscypliny: pływanie, kolarstwo i bieganie. Mimo, że na pierwszy rzut oka triathlon wydaje się dość trudną dyscypliną to tak naprawdę jest dla wszystkich. Wystarczą chęci do treningu. W końcu nie trzeba od razu robić całego Ironman’a (3,8km pływania, 180km roweru, 42,2km biegu). Można spokojnie swoją przygodę zacząć od sprintu, który nie wymaga wielu lat przygotowań (750m-20km-5km). Do tego dystansu każdy może sam się przygotować nawet bez opieki trenera. Jednak najważniejsze, żeby nie robić tego z marszu, bo może zakończyć się to kontuzją. Jednak w Polsce najpopularniejszy dystans to tzw. „ćwiartka”, czyli 1/4 Ironman’a (950m-45km-10,5km).

Jednak przygotowanie się do krótszych dystansów wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i dużym poświęceniem. Mówi się, żeby utrzymać formę trzeba trenować minimum 2x w tygodniu. Tylko, że stwierdzenie odnosi się do jednej dyscypliny, a tu mamy ich aż 3. Więc skoro potrzeba tyle czasu, dlaczego ludzi się decydują na ten sport? Ponieważ triathlon to głównie walka z samym sobą, ze swoimi słabościami, a w mniejszym stopniu z konkurencją. Zwycięzcą jest nie tylko ten, który pokona dystans jako pierwszy, ale każdy kto się podejmie wyzwania i ukończy zawody, nie ważne czy robiąc przy tym rekord świata czy minutę przed limitem. Dodatkowo triathlon uczy rozsądnego zarządzania czasem, bo pogodzenie treningów, zawodów, życia prywatnego i zawodowego nie jest takie proste. Trzeba mieć dobrze ułożony plan, by nie stracić formy, a przy okazji przyjaciół, którzy się obrażą na wieczny brak czasu.


A jak zaczęła się moja przygoda z triathlonem? Od małego chodzę na basen. Trener od dłuższego czasu mnie namawiał abym spróbował swoich sił. Jednak dla mnie gra w siatkówkę była całym życiem i nie wyobrażałem sobie trenowania czegoś innego. Jednak życie szybko zweryfikowało plany. Skończyła się szkoła, a wraz z nią możliwości do gry. Po tylu latach brakowało mi treningów, więc zacząłem szukać sobie nowego zajęcia. Pojawiła się myśl: triathlon! Pływać umiem, jeździć na rowerze też, a biegania chociaż nie lubię, ale chyba nie jest takie trudne. Jednak po dłuższym zastanowieniu chęć odeszła, pojawiły się myśli, że nie dam rady, bo w końcu żadnej tej dyscypliny nie trenowałem na poważnie, a żeby coś osiągnąć potrzeba lat treningów. Jednym słowem odpuściłem. Jednak zbliżały się zawody w Gdyni, naoglądałem się filmików, gdzie ludzie, którzy w ogóle nie mieli styczności ze sportem kończą zawody powróciła chęć. Z ciekawości wybrałem się jako kibic do Gdyni na zawody na dystansie sprinterskim. I to była jedna z najlepszych decyzji. To był moment w którym wkręciłem się w ten sport. Duży wpływ na to miała sama atmosfera. Moment, gdy każdy zawodnik na mecie był tak samo witany jak zwycięzca. Uczucie gdy największe brawa dostał starszy pan, który wbiegając na metę miał w oczach łzy szczęścia mimo, że był ostatni. Gdy widziałem osoby starsze, ze sporą nadwagą walczące ze sobą na trasie stwierdziłem, że to jednak sport dla każdego. W dodatku obok rywalizacji była dobra zabawa. Świetnym przykładem jest starszy pan, który trasę kolarską pokonał z uśmiechem na twarzy na starym składaku a przy okazji pozdrawiając wszystkich kibiców. Pozytywna energia biła od niego na kilometr. Mało tego, przy okazji wyprzedzał dużo młodszych zawodników na drogich rowerach szosowych :) Po tym jak to wszystko widziałem na własne oczy stwierdziłem, że za rok muszę tu wrócić, tym razem jako zawodnik.

No i się zaczęło. Swoje treningi zacząłem od uporządkowania wiedzy na temat treningów. Godziny spędzone na różnych forach w celu wyszukania informacji. Sporo czasu spędzonego nad książką, co w moim przypadku jest bardzo niespotykanym widokiem. W końcu nadszedł czas wyjść trochę na trening. Jak w pływaniu pomagał mi trener, tak bieganie i rower musiałem sam ogarnąć. Nigdy nie lubiłem biegać i od tego chciałem zacząć. Ciężko było wstać z łóżka i pójść robić coś czego się nienawidzi. Poszedłem pierwszy raz, przebiegłem jedno kółko wokół jeziora i ledwo wróciłem do domu. Potem kilka dni odpoczynku, aż znowu się udało się zrobić jedno kółko. Jednak nie wyobrażałem sobie tego robić dwa razy w tygodniu. Wtedy jeszcze myślałem że z dwa kółka wystarczą na trening. Prawda okazała się zupełnie inna. Później był wyjazd na wakacje, gdzie nie mogłem zmotywować się do trenowania i mimo chęci nic z tego nie wyszło. Ciężko było na początku zacząć tak regularnie trenować. Przełomowym momentem było kupno roweru. Wszystkie oszczędności zostały wydane i głupio było zrezygnować.


Zainstalowałem aplikację do trenowania na telefon i poszedłem biegać. Jaki był mój szok, jak okazało się że jezioro ma tylko 1,5 km, a ja to biegłem ponad 10 minut. Jednak teraz wszystko bardziej poukładałem, była większa motywacja. Dużo też mi pomogła aplikacja, bo nic nie daje kopa niż fakt że idziesz do przodu. Zacząłem biegać coraz więcej, coraz szybciej, a przy okazji nie byłem przy tym aż tak zmęczony jak na początku. W międzyczasie chodziłem na rower. Radość z jazdy rowerem szosowym jest niedopisania, szczególnie po przesiadce ze starego górala, który dostało się na komunię. Dawna prędkość maksymalna stała się prędkością średnią. Zawsze czerpałem dużą radość z jazdy na rowerze, ale w tym momencie było jej jeszcze więcej. Z czasem więcej radości przynosiło bieganie. Po treningu siadałem pod drzwiami, bo nie miałem siły zdjąć butów, patrzyłem na telefon i cieszyłem się jak dziecko, kiedy cyferki z odległością rosły, a z czasem malały. Aby mieć więcej motywacji zacząłem szukać na Instagramie ludzi takich jak ja. Zwykłe proste osoby, nie żadni zawodowcy, którzy czerpią radość z trenowania. W momentach zwątpienia, oglądałem ich profile, a w głowie rodziło się pytanie: skoro oni dają radę to czemu ja mam nie dać?

Tak leciał tydzień za tygodniem. Aż w końcu nadszedł czas pierwszego startu w bieganiu. Co prawda treningowego, żeby sprawdzić jak biega się na 5 km. W sobotni poranek pojechałem do Parku Reagana, aby wystartować na parkrunie, czyli cotygodniowych darmowych biegach na 5 km z pomiarem czasu. Mimo, że chciałem sprawdzić jak to wygląda stresik był. W głowie myśli czy aby na pewno dam radę? W końcu pół roku temu nie lubiłem biegać. A co jak będę ostatni? Pewnie każdy tam szybko biega, a ja dopiero zaczynam, czy aby się tam nadaję? Te pytania nie dawały mi spać, ale trudno. Lekko niewyspany poszedłem. Jeśli się nie przekonam to nie dostanę na nie odpowiedzi. Chciałem spróbować uzyskać czas koło 25 min. Ustawiłem się na starcie i niesiony tłumem pobiegłem. Jakie moje zdziwienie było, gdy ludzie dobiegali do mety długo po mnie. Mój czas: 23:06. I ta radość, że udało się prawie 2 min szybciej. Zrozumiałem, że zamartwianie się było niepotrzebne. Wystarczy, że robi się to z uśmiechem, a wynik sam przyjdzie. Każdy kolejny mój start wiązał się z nowym rekordem życiowym, choćby o 2 sekundy. To wszystko dawało mi siły do dalszych treningów i chęć dalszego działania. Po tym okazało się że miasto organizuje darmowe treningi biegowe. Stwierdziłem, że to dobra okazja by zyskać kilka cennych uwag i poprawić technikę. Bez zastanowienia poszedłem na trening. Mimo, że byłem najkrótszy stażem biegowym, nie byłem najsłabszy, a wręcz przeciwnie. Zawsze starałem się biec z przodu z najmocniejszymi. Czerpałem od nich cenne uwagi, które wykorzystywałem potem w swoich treningach.


Z czasem 5 km to było mało. No i padła decyzja. Zapisuję się na Bieg Europejski w Gdyni na 10 km. Jest okazja się sprawdzić na dłuższym dystansie, a przy okazji część trasy tego biegu prowadzi po trasie triathlonu, więc będę mógł się z nim oswoić. Przed biegiem wyjechałem na majówkę do rodziny na wieś. Mój dzień składał się z 3 czynności: jedzenia, spania i treningu. Po kilku dniach dobrze przepracowanych czułem się na siłach, by pobiec na zawodach 10 km. Po drodze do Gdyni śmiałem się z moich pierwszych treningów, kiedy to padałem robiąc 1,5 km. Pokazuje to, że wystarczy chcieć a wszystko przyjdzie z czasem. W porównaniu do parkruna atmosfera była zupełnie inna. Ludzi jak zwykle uśmiechnięci, jeden drugiego przez startem poklepywał po plecach, życzył powodzenia. Jak zobaczyłem na starcie ponad 4 tys. osób zaniemówiłem. Jednak ze spokojną głową ustawiłem się w swojej strefie. Nagle strzał z pistoletu i lecę przed siebie. Jako, że to był mój debiut na takiej imprezie startowałem z ostatniej fali z osobami co biegają ponad godzinę. Ja miałem bardziej ambitny plan, aczkolwiek złamać 50 min. Czekało mnie dużo, bardzo dużo wyprzedzania. Biegnę, mijam kolejne osoby i myśl w głowie: to ja taki szybki czy oni tacy wolni? Jednak lepszym rozwiązaniem było nie zawracać sobie głowy takimi głupotami tylko czerpanie radości z biegania. Połowa trasy minęła dość szybko, potem zaczął się podbieg na ul.Świętojańskiej. Nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, ale doping kibiców niósł do przodu. Wtedy naprawdę się przekonałem ile sił dają kibice. Nagle pokazała się tak upragniona meta. Chcę przyspieszyć a sił już brak. Słyszę: dajesz Dawid!, odwracam się a tam razem z rodzicami kibicują ciocia z wujkiem. Na twarzy pojawił się uśmiech i nogi tak same z siebie przyspieszyły. Patrzę na zegar. Udało się. Plan wykonany i złamane 50 min. Byłem mega zmęczony, ale radość była większa.


Nie zdążyłem odpocząć a już zapowiedziałem rodzicom, że za miesiąc tu wracamy na Nocny Bieg Świętojański. Ten bieg wyróżnia to, że start odbywa się o północy. Miała być ciekawa rozrywka, jednak tym razem pogoda nie dopisała. Mocny wiatr i opady deszczu powodowały, że impreza była zagrożona. Postanowiłem jednak, że ryzykuję i jadę. Odebrałem pakiet, przebrałem się na schodach przy oceanarium, bo tylko tam był kawałek suchej ziemi. Chciałem się jeszcze rozgrzać, ale ciągle pada. Trudno, i tak będę mokry. Poszedłem trochę pobiegać do startu 15 minut a tu nagle deszcze przestaje padać, a wiatr ucichł. Stoję w swojej strefie czekając na start. Sygnał startera i lecę do przodu. Czuję, że to może być mój dzień. Nogi ciągną do przodu, a głowa z nimi współpracuje. Nic nie zapowiadało klęski, do czasu punktu odżywczego na 5 km. Biorę łyk wody i się zakrztusiłem. Nie mogę złapać oddechu, już nie mówiąc o tym żeby biec dalej. Widzę jak w moim kierunku biegnie już ratownik. To koniec, myślę sobie. W końcu zawody zawodami, ale zdrowia nie można ryzykować. Ale czuję, że kryzys przechodzi. Zaczynam trucht, potem wolny bieg. Macham do ratownika, że wszystko w porządku i lecę dalej. Jednak głowa mówi, żeby nie tak szybko aby sytuacja się nie powtórzyła, a nogi ciągną same to przodu. Pierwszy raz miałem sytuację, że nogi chcą a głowa nie. Zazwyczaj jest na odwrót. Udało się na szczęście dobiec i nawet zrobić życiówkę. Jednak patrząc na początkowe tempo byłem wstanie zbliżyć się do wymarzonej dla mnie granicy 45 min. Cóż…będę jeszcze nie jedne zawody na 10 km.


Teraz pozostał miesiąc do pierwszego startu w triathlonie i na tym trzeba się skupić. Ostatnim odbytym treningiem było pływanie Open Water w Gdyni organizowany przez klub triathlonowy. Poszedłem bardziej z ciekawości zobaczyć jak wygląda pływanie w większej grupie i zyskać parę cennych wskazówek na zawody. Trening był dość mocno przyspieszony, bo każdy szykował się na mecz Polska-Portugalia na Euro2016. Na koniec mieliśmy małe wyścigi na dystansie 950 m. Płynę sobie spokojnie mając w głowie, że za tydzień start, który planowałem od dawna. Wychodzę sobie spokojnie z wody, pytam trenera jaki czas a on 15:50. Jestem w szoku, myślałem o 20 minutach a tu tyle szybciej. Może mi się przesłyszało, rozglądam się, a tu na brzegu tylko garstka ludzi. Jestem w szoku, ale oznacza to, że forma na zawody idealna.


No i nadszedł w końcu długo wyczekiwany dzień pierwszego startu w triathlonie. Poprzednie starty traktowałem jako treningowe, żeby nauczyć się startować na adrenalinie, zachowania w takim tłumie, aby jak najlepiej być przygotowanym na ten start. Dodatkowych emocji dodawał fakt, że swój debiut miałem w Szczecinie, więc cała zabawa zaczynała się dwa dni wcześniej podczas pakowania. W sobotę rano wziąłem plecak zapakowany sprzętem, torba z pianką na ramię, rower i jazda na dworzec. Pociąg miałem o 6, więc dzień zacząłem dość szybko. Na dworcu pożegnanie się z rodzicami. Na ich twarzach malowała się radość, ale też strach czy dam sobie radę. Przed południem byłem już w Szczecinie. Wychodzę z pociągu a tu pogoda idealna. Dzwonię do mamy, mówię, że wszystko w porządku odwracam się a za plecami zbliża się oberwanie chmury. Szybko się rozłączam, bo chce zdążyć przed deszczem do pokoju. No i nie zdążyłem. Musiałem chować się pod mostem niedaleko strefy zmian. Miałem przynajmniej okazję jej się na spokojnie przypatrzeć. W końcu lekko się uspokoiło i mogłem iść do pokoju. Tam szybkie rozpakowanie i po pakiet startowy. Zawodnicy zbierają się powoli, gdzie się nie obejrzę tam ktoś z rowerem. Odbieram pakiet, kręcę się trochę po trasach i obmyślam taktykę na start. Wieczorem idę na pasta party, a potem spać.


W niedzielę, czyli dniu startu, pobudkę mam o 4 rano. Szybkie śniadanie i o 5 jestem już w strefie zmian. Odkładam rower na swoje miejsce, kręcę się tu i z powrotem by jak najlepiej zapamiętać miejsce roweru. Jest to ważny moment, żeby później przy stresie go nie szukać. Wracam jeszcze do pokoju na krótką drzemkę i coś zjeść. O 7 jestem na starcie na odprawie, po czym idę zobaczyć start zawodników z „połówki”. Dalej nie wierzę w to, że zaraz ja tak będę startował. Ostatnie chwile przed startem spędzam na rozmowie z przyjaciółką. Dzięki temu nie odczuwam aż tak stresu, który i tak był mega duży. Ubieram się w piankę i wchodzę do wody na ostatnią chwilę. O mały włos a bym się spóźnił na swój pierwszy start! Znajduję dogodne dla siebie miejsce do startu. Czuję jak serce zaczyna mocniej bić. Nagle sygnał do startu i zaczynam machać rękoma i nogami. Na początku płynie się ciężko, ale dość przyjemnie. Ciągle płynę obok pewnego faceta, który utrzymuje dobre tempo. Płyniemy razem wyprzedzając kolejnych zawodników. Chwilę przed wyjściem odwracam głowę zobaczyć sytuację, a tam część osób jest dopiero w połowie pływania. Ostatecznie z wody wyszedłem 20 na 110 zawodników. Jest dobrze.



Lecę szybko do strefy zmian. Tam „szybkie” przebieranie, które w moim wykonaniu nie było aż takie szybkie. Dużo na tym straciłem. Chwytam rower i lecę. Trasa rowerowa w Szczecinie to istna bajka. Na 22,5 km trasy były raptem 3 zakręty. Jadę jak na siebie szybkim tempem. W połowie trasy średnia prędkość wynosiła 33 km/h, gdzie na treningach ledwo miałem 28 km/h. Na dalszej trasie było pod wiatr i na końcu średnia prędkość wyniosła 30 km/h. Jednak moje prędkości w porównaniu do innych nie były aż takie szybkie i trochę spadłem w kwalifikacji ogólnej. Był moment zwątpienia, ale uświadomiłem że właśnie w tym momencie spełniam swoje marzenia, a celem jest ukończenie a nie bycie pierwszym i już dalej jechałem z uśmiechem na twarzy. Zbliża się koniec trasy rowerowej, zwalniam, zsiadam z roweru i nogi się uginają. Tyle ludzi a ja mam zaliczyć glebę? Nie ma mowy! Zaciskam zęby i lecę dalej.


Odstawiam rower, cztery łyki izotonika i lecę na bieg. Do oczu napływają łzy. Łzy radości, ze rower mam już za sobą, bo tego etapu najbardziej się obawiałem. Wiedziałem, że jak zsiądę z roweru w limicie to nic już nie stanie na przeszkodzie. Jednak okazało się, że wziąłem o dwa łyki picia za dużo i od samego początku łapie mnie kolka. Biegnę truchtem, chociaż chcę szybciej nie mogę. Na samym początku dość mocny podbieg, który czułem w nogach. Dawno się tak nie męczyłem podczas biegu. Dobiegłem do punktu odżywczego, biorę łyk wody. Szybka motywacja wolontariuszy. I biegnę jak nowo narodzony. Czuję, że odzyskuję siły. Zaczynam przyspieszać i w końcu wyprzedzać innych. Na zbiegu pytam się jednego z facetów jaki mamy czas. On patrzy na zegarek i mówi godzina osiemnaście. Dziękuję i biegnę dalej, po czym uświadamiam sobie co powiedział. Do mety niecałe 2 km, uda mi się wykonać plan i złamać 1h 30min. Lecę w kierunku mety jakbym dopiero zaczął bieg. W końcu upragniona meta. Ręce wędrują do góry, a w oczach łzy. Nagle słyszę: „A na mecie melduje się Dawid Żyłowski z Gdańska”. Zaniemówiłem. Spełniło się moje marzenie. Stoję na środku i nie wierzę, że to zrobiłem. Dla takich chwil warto żyć. Uświadomiłem sobie, że to właśnie chce w życiu robić. Zawody ukończyłem z czasem 1:22:07, plasując się na 35 miejscu. Wynik jak na debiut bardzo dobry. Trochę niesmak jest, bo trasa biegowa była kilometr za krótka. Jednak patrząc na moje tempo to i tak bym w zakładanym limicie się zmieścił. Wieczorem idę jeszcze na rozdanie nagród z myślą, że może w końcu i jak kiedyś stanę na podium. A obok mnie stoi Paulina Kotfica, jedna z najlepszych polskich zawodniczek i Marek Jaskółka, dwukrotny reprezentant Polski na Igrzyskach Olimpijskich. Tacy znani zawodnicy, a ja miałem przyjemność rywalizować na tych samych trasach co oni.


Kolejne zawody miałem miesiąc później w Gdyni - Herbalife Ironman. Przez cały miesiąc pracowałem, więc na treningi zbytnio nie było czasu. Jednak do startu podchodziłem bez nerwów. Wiedziałem jak to wygląda i jak się zachować. Jednak mała obawa była, spowodowana stłuczką rowerową. Rower na szybko szedł do naprawy, a ręka do końca sprawna jeszcze na zawody nie była. Ciekawił mnie też moment strefy zmian, bo rzeczy nie leżały w koszykach jak w Szczecinie, ale były w workach. Nie ogarniałem do końca tego systemu, ale nie było innego wyboru. Dla mnie zawody zaczęły się już dzień wcześniej. W piątek jechaliśmy odebrać pakiet i wstawić rower do strefy zmian. Jak zwykle Gdynia przywitała nas deszczem. Na szczęście padało tylko podczas drogi. Na początku obejrzałem sobie najnowszy sprzęt wystawiony na expo, gdzie swoje stanowiska miało ponad 50 firm. To jest chyba największe expo podczas zawodów triathlonowych w Polsce. Potem odebranie pakietu. I miła niespodzianka, bo pakiet nie składał się wyłącznie z czepka i numerów startowych. W prezencie było też kilka przydatnych dupereli. Naklejenie naklejek na swoje miejsca i idę wprowadzić rower do strefy. Chwile stania w kolejce, przed wejściem sędziowie sprawdzają czy naklejki się zgadzają, sprawdzają sprawność roweru, fotka i mogę iść odłożyć sprzęt na miejsce. Strefa jest duża, bardzo duża. Na samym sprincie startuje ponad 1000 osób, na następnego dnia na połówce prawie 2500 zawodników, więc gdzieś tyle rowerów trzeba pomieścić. Odkładam rower, wieszam worki na miejsce i kręcę się w tą i z powrotem. Pokręciłem się jeszcze chwilę i idę na odprawę techniczną i pasta party. Wybieram sobie makaron i znowu spotykam kumpla. Siadamy razem, gadamy i czekamy na odprawę. Ile tu jest ludzi, masakra.. Na odprawie dowiedziałem się co i jak, więc wracam do domu. Następnego dnia z samego rana pobudka i już przed 7 w Gdyni. Spacer na plażę, zobaczyć jak wygląda morze. Jest płasko jak na jeziorze. Idealne warunki do pływania i o dziwo nie pada. Przychodzi pora sprawdzić rower. Wchodzę do strefy, sprawdzam rower. Potem idę do worków. Zaczynam gadkę z obcym facetem, co był obok. Gadamy sobie, aż nagle przychodzi pewna dziewczyna. Była to jedna z osób, które obserwowałem na Instagramie. Krótka wymiana zdań i każdy leci w swoją stronę. Nagle widzę kolejną znajomą osobę. To Łukasz prowadzący blog Runeat, zwycięzca nagrody na Blog Roku w kategorii Pasje i twórczość. Podchodzę, krótka rozmowa, pamiątkowe zdjęcie i lecę się przebierać.


W strefy startu staję dość szybko, by zająć dobre miejsce i nie musieć się przedzierać przez innych. Już 5 minut przed startem wszyscy stoją ustawieni, wszyscy w czarnych czepkach, tak samo skupieni na starcie. Przypomniało mi się jak rok temu stałem po drugiej stronie barierek przyglądając się zmaganiom. Teraz stoję w tłumie zawodników gotowy do startu. I niech ktoś powie, że marzenia się nie spełniają. W oczach łzy radości, ale nie tylko u mnie. W takich chwilach ciężko powstrzymać emocje. Nagle strzał z armaty i prawie 500 osób rzuciło się do wody. Wejście do wody mam dobrze opanowane i dużo na tym zyskałem. Wolałem płynąć lekko z boku, niż pchać się w tłum i ryzykować kopnięcie w zęby lub pod żebra. Zrobiłem kilka metrów więcej, ale było warto. Płynęło mi się wyśmienicie, mimo że po jakiś 500 metrach zaczęło brakować sił. Jednak dalej utrzymywałem tempo i płynąłem przed siebie. Dystans 750 m pokonałem w 13min 22sek, tak jak to było w najlepszym scenariuszu. Potem znowu długie przebieranie. Wiele zawodników mnie wyprzedziło, ale wiedziałem że muszę dalej być skupionym na tym co robię. Przebrałem się i lecę po rower, oczywiście zapomniałem, która alejka, ale z daleka rzuciły się w oczy moje zielone owijki. Warto było je kupić :)


Wsiadam, zaczynam kręcić i szok. Licznik nie działa. Zatrzymuję się, poprawiam jego ustawienie i jadę dalej. Niestety nic. Trudno, nie mam czasu się bawić jadę na czuja. Czułem, że jedzie mi się lepiej niż w Szczecinie. Trasa bardziej wymagająca, ale za to więcej kontaktu z kibicami, którzy dodają siły. Na prostych odcinkach mogę się położyć na lemondce dzięki czemu łatwiej się jedzie. W końcu dojechałem do strefy zmian, szybko znajduję miejsce gdzie mam odłożyć rower. Tutaj bardzo pomogły pomarańczowe owijki na rowerze znajomej. Lecę po worek z rzeczami do biegania, w którym nic nie było. Chwytam go i od razu odrzucam. Zaczynam biec, czuję że to mój dzień. Biegnie się dobrze jak nigdy dotąd. Na początku słyszę głośne: Dajesz Dawid! Rozglądam się, a tam chrzestny. Teraz wiem, że nie jestem sam i nie mogę ich zawieść. Mijam kolejnych zawodników i znowu słyszę głośne: Dawid! To ciocia z wujkiem. Mam więcej kibiców niż mi się zdawało. Teraz już muszę lecieć w trupa, wstyd się poddać jeśli tyle osób Ci kibicuje. Ostatni kilometr to walka już z samym sobą, widzę metę, ba, słyszę muzykę na niej, ale żeby być u celu jeszcze ponad kilometr biegu. I tutaj dużą robotę odwalili wolontariusze, którzy dodawali wszystkim sił. Wbieg na metę to już moment, który nie da się opisać. Na trybunach prawie tysiąc osób, tysiące par oczu patrzy jak wbiegam na metę, tysiące par rąk bije brawo. Byłem tak zachwycony, że nawet nie zauważyłem rodziców. Wbiegam strasznie zmęczony na metę. Tak zmęczony, że nawet nie spojrzałem jaki czas miałem. Spotykam rodziców, którzy mi gratulują. Pierwsze pytanie - jaki czas. Tata odpowiada, że nie wie dokładnie, ale zawodnik za mną miał 1h 22min. Hahaha, a tak serio ile miałem? Nie wierzyłem, że zrobiłem czas ponad 8 min szybszy niż zakładałem. Po zawodach poszedłem na masaż. W końcu zasłużyłem ;) W kolejce pogadałem z obcym facetem, którego wyprzedziłem na biegu na temat zawodów, planów na przyszły sezon. Chwilę odpoczynku i poszedłem kibicować znajomym, którzy startowali w drugiej fali. Stałem, kibicowałem i nie wierzyłem, że przed chwilą sam startowałem.
Zawody uważam za udane i już wiem, że za rok tu wrócę.



Podsumowując, co dał mi triathlon? Przede wszystkim nową pasję, wspomnienia i wiele nowych znajomości. Dzięki treningom poznałem, kilka wspaniałych osób i pewnie jeszcze niejedną poznam. Dodatkowo nauczyłem się gospodarować swoim czasem tak, żeby móc wykonać swoje obowiązki, a zarazem móc trenować. Ponadto treningi dają mi możliwość oderwania się od problemów. Kiedy idę na trening nie myślę o tym, co miałem zrobić a nie zrobiłem, co ostatnio nie wyszło. Korzystam z chwili relaksu, a męcząc mięśnie odprężam głowę po czym o wiele lepiej się człowiek uczy czy po prostu czuje. Ponadto triathlon pozwala uwierzyć w siebie i pokonać swoje słabości. Sam się przekonałem, że pokonanie nawet najkrótszego dystansu wiąże się z ogromnym wysiłkiem i wieloma wyrzeczeniami. Jednak dla uczucia, gdy mija się metę, warto się tak poświęcić. A co najważniejsze, spełniam swoje marzenia z dzieciństwa, kiedy to myślałem o dużej publiczności i rywalizacji z najlepszymi w Polsce i na świecie. Teraz to wszystko się spełnia, a nawet Mistrzostwa Polski stoją przed mną otworem. Wystarczy tylko chcieć, a jak mówi główne motto triathlonu: anything is possible.

I tym oto pozytywnym akcentem Dawid Żyłowski aka Żyła, mój dobry kolega od piaskownicy aż po studia, zakończył swój pierwszy gościnny wpis u mnie :) Mam nadzieję, że się Wam spodobał i że w ogóle dotrwaliście do końca :D Żyłę możecie znaleźć na fejsie jak i oczywiście na instagramie, gdzie regularnie dostarcza dużo sportowej motywacji oraz fotek potreningowych - sportowe freaki łączcie się! A jeżeli chcecie być na bieżąco i wiedzieć, kiedy oprócz moich nowych wpisów pojawiają się u mnie goście dołączcie do mnie na facebook'u - tutaj!
Copyright © 2017
fanaberie Patrycji
, Blogger