Kołobrzeg w parę dni, czyli gdzie nie iść i nie spać żeby miło spędzić czas


Pewnie nie byłabym nigdy w Kołobrzegu gdyby nie Sunrise Festival. I pewnie nie zostałabym tam prawie tydzień gdyby nie to, że szukałyśmy noclegu trochę za późno a pani, która nam wynajmowała pokój przyjmowała na min.4 doby.

Ach i gdyby nie to wszystko nie jeździłybyśmy rollercoasterem przez 5 dni!!!!


Dzień 1: Do Kołobrzegu zawitałyśmy ok.13:30. Z walichami potuptałyśmy do naszego tymczasowego miejsca zamieszkania na 10. piętrze (i oo zgrozo, ta trzęsąca się winda..). Tam czekała na nas z pozoru milutka pani, a tak naprawdę wścibskie i pazerne babsko, która policzyła nam dodatkowo za jakieś pseudoklimatyczne, czyli po kołobrzesku: można wejść na molo bezpłatnie (uwaga: wejście dla wszystkich jest bezpłatne) i toalety też są bezpłatne (uwaga: co druga, jak nie każda, toaleta a raczej WC jest bezpłatne..), ale nieznające się na tamtejszych zwyczajach, umęczone bagażami i podekscytowane czekającym nas wypoczynkiem szybko się rozliczyłyśmy, dostałyśmy klucze i pobiegłyśmy na spacer.

Poszłyśmy na promenadę, na piękne molo, gdzie już zaczęłyśmy integrację z innymi festiwalowiczami, a dalej poszłyśmy w kierunku Latarni Morskiej (wstęp 6zł, ulgowy chyba 4zł), z której można podziwiać Kołobrzeg z góry - cudownie, polecam wejść ;) Potem zaszłyśmy jeszcze na Starówkę (od razu skojarzyła mi się Kościerzyna), gdzie chciałyśmy zajść do jakieś fajnej kawiarenki lub pub'u (z tym drugim było dużo gorzej..). Ostateczny wybór padł na Casablancę, której za cholerę nie polecam!!!! A z zewnątrz zapowiadała się tak ładnie :( Mohijto - sama woda, nuggetsy dla 3 osób podane na jednym talerzu, a sztuk wychodziło 3,5/os. a do tego bardzo niesympatyczna, wręcz chamska, i niekompetentna obsługa.. A więcej mojej opinii jak i innych osób możecie poczytać tutaj.


Zdenerwowane, ale też dumne z siebie - tak, wywalczyłyśmy mniejszy=rzeczywisty rachunek - wróciłyśmy do domu, gdzie poznałyśmy pozostałych wynajmujących i ich psa i tak skończył się nasz pierwszy dzień.

Dzień 2: Śniadanko na balkonie, pogoda cud miód, więc idziemy na plaże - stwierdziłyśmy, że poranna bryza, odpoczynek nad wodą i promienie słoneczne zrekompensują nam nieciekawy początek.. Niestety, spokojne leżakowanie przerwały nam jakieś paskudne dzieciuchy w przedziale ok.8-12 lat, które zaczęły dookoła nas biegać i sypać piachem. Na nic dały spokojne tłumaczenia i prośby, a dzieciaki stały się jeszcze bardziej bezczelne.. Cóż, każda cierpliwość kiedyś się kończy, skończyła się i moja..powiem tyle, u mnie skończyło się szramą na udzie po potknięciu się o dziadka, a ciało tego najgorszego bachora zostawiło ślad na piachu do końca dnia :) Jestem ciekawa co sobie teraz myślicie.. Wszystko skończyło się dobrze, dzieci (przynajmniej część) zrozumiała swój błąd a reszta plażowiczów mogła dalej rozkoszować się pobytem na plaży. Odpowiadając na pytanie "gdzie rodzice?" - nie wiem, chyba byli w wodzie i chyba widzieli całą sytuacje, że dużo ludzi reagowało na to jak się zachowywały dzieci, bo nie zareagowali na skarżenie się :) Aa i gdyby tego było mało wszystkie 3 się spaliłyśmy..i już do końca nie pojawiłyśmy się na plaży a ja już do końca spałam na boku :(

Wrażenia na plaży nas wykończyły także poszłyśmy coś zjeść - tym razem wybór padł na Adabar. Jedzenie przepyszne, takie domowe i ładnie podane, do tego dobre piwo i obsługa przemiła. Szczerze polecam każdemu przy najbliższej wizycie w Kołobrzegu!

Na koniec dnia poszłyśmy do wypożyczalni rowerów. Marzyła nam się ambitna czternastokilometrowa wyprawa do Ustronia Morskiego. Niestety nie udało się.. Czemu? Najpierw, na wybojach, plecak wkręcił mi się w koło, lekko się rozdarł, otworzyła się butelka, która była w plecaku, woda mi się lała po nogach, a Klaudia, która jechała za mną za późno ogarnęła całe zdarzenie i wjechała mi ramą w łopatkę :D Tak, byłam jeszcze bardziej zachęcona do dalszego pedałowania, kiedy przez kolejne 6km rower mi podskakiwał, a od każdego uniesienia dzwonił mi dzwonek..kiedy w końcu z niego zeszłam okazało się, że <heh> nie ma powietrza w tylnym kole..moment kiedy już nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Na szczęście Agata zamieniła się ze mną żebym chociaż chwilę mogła pojechać normalnym rowerem..w zamian dostałam rower z kołami chyba z 40 cali i z ramą tak szeroką jak ma Harley, ale przynajmniej siedzenie miał wygodne :D W najbliższej wypożyczalni łaskawy pan dopompował nam oponę (okazało się, że dętka jest krzywa, powietrze uchodziło..generalnie kicha) i pognałyśmy do wypożyczalni żeby oddać rower prawie nienaruszony.
Dziękuję Kołobrzeg za kolejny dzień wrażeń. Najlepsza wycieczka rowerowa ever.

Dzień 3: W końcu dzień festiwalu!!!! Ale zanim pojawiłyśmy się w Amfiteatrze poszłyśmy do obrotowej kawiarni <3 Eleven Club na 11. piętrze Arka Medical Spa ma bardziej przystępne ceny niż sam hotel, a warto tam zajść, ponieważ kawiarnia ma bardzo sympatyczne wnętrze, rozpościera się widok na plaże i okolice, w dodatku jak już wspomniałam obraca się, co daje możliwość podziwiania wspaniałego widoku z każdej strony ;)

Na obiad zaszłyśmy do Saxofonu - nikt na nim nie grał, ale jedzonko dobre :) Pubo-restauracja w podziemiach w fajnym, tajemniczym klimacie. Fajne miejsce i na obiad i na piwo.

Potem szybka drzemka i jazda na Sunrise, o którym możecie poczytać w tym poście ;)


Dzień 4: Najcieplejsza noc w moim życiu, temperatura rosła z godziny na godzinę..kiedy w końcu o 5:35 dotarłyśmy do mieszkania padłyśmy jak kawki..pół dnia przespane a nogi pulsowały nam jeszcze długo po przebudzeniu - chyba po tym rozpoznaje się dobrą imprezę, co nie? :D Jak łatwo się domyślić dzień 4. trwał dość krótko, ale zdążyło nam wywalić korki, więc też było zajęcie w szczególności ze spanikowaną właścicielką jakby wywalanie korków to było coś nadzwyczajnego i niespotykanego.. Ledwo po śniadaniu trzeba było iść na obiad, więc poszłyśmy zwęszyć nową miejscówkę - padło na PATIO. Jeżeli chodzi o wygląd najbardziej urocza z wszystkich wyżej wymienionych, cenowo podobna, karta obszerna - naprawdę mega dużo do wyboru  i to ciekawe zestawienia :) Tylko jeżeli zależy Ci na czasie to lepiej zamów pizzę, bo na nią czy to duża czy mała czeka się zdecydowanie krócej niż na dania i tu byłaby kolejna spina, bo na swoje 3 dania czekałyśmy już dobre 40min a zaledwie 2/3 stoliki były zajęte i co lepsze osoby, które przyszły po nas dostały szybciej..ale na szczęście w końcu dostałyśmy zanim skończyła się nasza cierpliwość i na szczęście było bardzo smacznie ;)


Na rozruszanie się po żarełku poszłyśmy na spacer żeby złapać ostatnie wdechy kołobrzeskiego powietrza. Falochron Wschodni Kołobrzeg wydał nam się najlepszym miejscem na pożegnanie się z Kołobrzegiem. I dobrze nam się wydawało (poniżej możecie podziwiać zdjęcie z tej wyprawy) <3 Wstęp kosztuję symbolicznego zeta. Miejsce na dobry, klimatyczny, o zachodzie słońc nawet na romantyczny spacer. Można usiąść sobie na betonowym parapecie, zrelaksować, posłuchać szumu fal..wspaniale :)

A no i nie można zapomnieć o "najlepszych lodach w Kołobrzegu" z Odlodowo - 3,50/80g. Kilka smaków, ale za to rzadko spotykanych - Delicje, Dzika róża..dobra tylko te smaki pamiętam, bo akurat te miałam, ale są mega smaczne, polecam, a gałki serio duże, dwie to już dla mnie był wyczyn :D

Tak słodko i romantycznie zakończyłyśmy dzień przedostatni - chyba najspokojniejszy ze wszystkich ;)

Dzień 5: Śmieszny dzień..okazało się, że wymeldowanie jest o 10, a my miałyśmy pociąg o 15..dobrze chociaż, że w pobliżu była przechowalnia bagażu. Poszłyśmy sobie na plaże, powdychać jeszcze trochę jodu, a potem na mega pizzę do PATIO <3 Wszystko byłoby normalnie gdyby ktoś na chama nie otworzył w pociągu elektrycznych drzwi podczas postoju i gdyby one potem podczas ponad półgodzinnego postoju nie jeździły w każdą stronę ruchami robota.. Nie obyło się też bez opóźnienia, ale na całe szczęście cało i zdrowo dotarłyśmy do domów :)))


Tak więc..Kołobrzeg tylko dla ludzi o mocnych nerwach :D Jeżeli będzie mi dane jeszcze pojechać na Sunrise Festival to będę wolała przespać się pod namiotem 2 noce niż spędzić tam prawie tydzień, nie ma dla mnie tam już nic ciekawego, a ceny noclegów nie są w ogóle adekwatne do tego, co można tam spotkać, robić, zwiedzić. Już wolałabym zostać u siebie w Gdańsku ;)

Ale gdybym nie pojechała to bym nie wiedziała także nie ma tego złego..

Dobrej nocy!
Copyright © 2017
fanaberie Patrycji
, Blogger